poniedziałek, 27 lutego 2012

Strigiformes

Figurka sowy była pierwszą rzeczą, jaką ufilcowałam na sucho igłami. Było to w październiku 2010 roku, zaraz po festynie archeologicznym w Biskupinie, podczas którego złapałam filcowego bakcyla. Aktualnie rzeczona sowa jest we władaniu mojego kota, co niestety odbiło się znacznie na jej wyglądzie, chociaż wciąż przy odrobinie wyobraźni można dostrzec, co kryje się w tym kłębie pogryzionej wełny. 


W zeszłą sobotę znalazłam trochę czasu na filcowanie i tak oto powstały poniższe sówki. Mają około 5 cm wysokości i są zaopatrzone w broszkowe zapięcie.
 


Po ich skończeniu przypomniała  mi się pewna scena z filmu Asterix na olimpiadzie (ta z Brutusem i formacją żółw) i wyszło, że ma być sowa taka jak w przyrodzie. Tak oto powstała sówka płomykówka. Płomykówka, jak w dziób strzelił - że pozwolę sobie zacytować znajomego ornitologa :)



5 komentarze:

  1. Witaj w blogowym świecie, sówki są fantastyczne, kiedy mi będą takie ładne wychodzić

    OdpowiedzUsuń
  2. Patrząc na Twoje prace śmiem twierdzić, że idzie Ci doskonale. I to nie tylko na filcowym polu :) A tak na marginesie, to z pierwszymi dniami marca poleci (w końcu!) do Ciebie filcowy miś w kolorze lawendy. Przepraszam za ten olbrzymi poślizg :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sówki są super a ja nawet rozpoznałam modela na którym są przypięte.Gratulacje dla Dedukcji całkiem dobrze jej idzie praca nad polepszeniem wyglądu sowy.Pozdrawiam mama.

    OdpowiedzUsuń
  4. A na żywo wyglądają jeszcze lepiej :)

    OdpowiedzUsuń